Cairngorms

Podcast Górskie Historie - Marysia Kościelniak
Tym odcinkiem zaczynamy nowy sezon Górskich Historii. Pewnie zastanawiacie się, dlaczego będę w nim mówić akurat o Szkocji? Przecież zajmujemy się tu głównie polskimi górami i naturalnie to właśnie Sudety i Karpaty interesują Was najbardziej. Po co więc słuchać o jakichś odległych, obcych górach? Oczywiście mam argumenty za i to dosyć mocne. Pierwszym niech będzie prosta ciekawość świata i moja potrzeba podzielenia się z Wami nowymi doświadczeniami. Ale chyba ważniejsze jest to, że szkockie góry wcale nie są dla nas tak obce i odległe, jak mogłoby się wydawać. Spójrzmy chociażby na książki górskie, które chętnie czytamy i które zdobywają w Polsce nagrody - Żyjąca góra, Góry stan umysłu to są pozycje znane i polecane, wydane w ostatnich latach i przetłumaczone na polski nie bez powodu. Na pewno mamy też wśród słuchaczy przynajmniej kilku fanów "Outlandera", którego największą zaletą są te piękne szkockie krajobrazy. I zdradzę Wam, że w rzeczywistości wcale nie są one mniej spektakularne, jak to często bywa. Posłuchajcie więc opowieści o jednym ze szkockich regionów Highlands. Może po tym odcinku nabierzecie ochoty, żeby zobaczyć je na własne oczy.
Kiedy spojrzymy na historię chodzenia po górach, zobaczymy, że mamy ze Szkocją wiele wspólnego. Nie tylko dlatego, że nasze góry mają podobne gabaryty, ale też dlatego, że - można powiedzieć - uczyliśmy się smakować górskie krajobrazy właśnie od Brytyjczyków zafascynowanych szkockimi Highlands. W epoce romantyzmu dzieła poświęcone tamtejszym wrzosowiskom, jeziorom i kotłom polodowcowym kształtowały ogólnoeuropejską modę na wzniosłość. To tam szeroko dyskutowano piękno ukryte w grozie, szukano w górach przeżyć, które mogły wstrząsnąć nieco zblazowanym arystokratą.
Przychodzi mi do głowy przedostatni odcinek nowego serialu BBC The Other Bennet Sister, w którym bohaterowie na początku XIX wieku wchodzą na Scafell Pike - najwyższy szczyt Anglii. Krajobraz podobny do szkockich. Panie w sukniach i kapeluszach, panowie w eleganckich surdutach. Zdobycie góry było wyzwaniem. Pomagał im oczywiście lokalny przewodnik. Znacie ten układ. Ale najciekawsze w tej scenie jest to, że bohaterowie ostrzeżeni przez przewodnika, że zbliża się burza i należy szybko schodzić, decydują się zostać na szczycie po to, żeby ją z niego obejrzeć. To miało im pozwolić przeżyć głębiej poezję Wordswortha, którą się w tamtych czasach zaczytywano. Jakie następstwa miała ta decyzja - nie będę Wam mówić, żeby nie psuć Wam serialu. Ale ta sytuacja pokazuje nam, czego w górach szukano. Moda na wzniosłe górskie pejzaże opanowała całą Europę. Weźmy wielbiciela mgły Caspara Davida Friedricha czy wizje naszych romantyków, chociażby uwznioślonego Kordiana na szczycie Mont Blanc.
Surowy, niedostępny krajobraz Szkocji stał się atrakcyjny, a nasi poeci czerpali garściami właśnie z zachwytu nad nim. Czytali dzieła szkockich i angielskich "kolegów po fachu", szczególnie Waltera Scotta; podróżowali na Wyspy, a wszystko po to, żeby później przenieść ten specyficzny i rewolucyjny sposób postrzegania przestrzeni na nasze podwórko. Niektórzy historycy literatury mówią wprost, że zainteresowanie motywami górskimi w dobie romantyzmu można przypisać właśnie Szkotom[1]. I nic w tym dziwnego. Takie majestatyczne widoki musiały w końcu zainspirować artystów.
Teraz przyjrzyjmy się geografii Szkocji. Nie jest ona cała pokryta górami. Z grubsza dzieli się ją na obszar Highlands i Lowlands. W samych Highlands mamy dwa duże górskie światy: Grampiany oraz góry północno-zachodniej Szkocji, czyli Northwest Highlands, na niektórych mapach opisywane też jako Góry Kaledońskie. Dla polskiego ucha najprostsza analogia byłaby taka: tak jak u nas mówimy „Sudety" i „Karpaty", a dopiero potem schodzimy niżej, do Karkonoszy, Beskidów czy Tatr, tak w Szkocji najpierw mamy te duże obszary, a dopiero w ich obrębie Cairngorms, Lochnagar, Torridon czy inne pasma.
Pasma wchodzące w skład tych łańcuchów są zróżnicowane, choć na pierwszy rzut oka można wyłowić pewne dominujące krajobrazy. Z racji swojego dostojnego wieku, a należą do najstarszych obszarów górskich Europy, są to góry niskie i w większości łagodne. Najwyższe szczyty sięgają nieco powyżej 1300 metrów n.p.m. Typową cechą są też wszechobecne głęboko wcięte doliny zwane glen, na końcu których najczęściej znajdziemy jezioro. Są w dużej mierze złożone z granitów i gnejsów.
Nie będę Wam tu jednak opowiadać o wszystkich pasmach szkockich gór, bo po pierwsze - nie byłam w nich (jeszcze), a po drugie zajęłoby to za dużo czasu. Zamiast tego skupię się na wschodniej części Grampianów, a konkretnie kilku pasmach leżących na terenie Parku Narodowego Cairngorms.
Potocznie o całym tym terenie mówi się po prostu Cairngorms. Jest to trochę mylące, bo tak naprawdę jest tam położonych obok siebie kilka przylegających pasm w tym właśnie Cairngorms ale także Cairnwell Hills, Atholl i East Drumochter, Lochnagar, Angus Glens. To trochę tak, jakbyśmy na Rudawy Janowickie, Góry Izerskie i Góry Kamienne mówili zbiorczo Karkonosze.
Park narodowy Cairngorms jest jednym z najpopularniejszych regionów Szkocji, ale głównie wśród turystów aktywnych. Nie ma tam zbyt wielu atrakcji poza chodzeniem po górach, a nawet miejscowości jest niewiele. Najbardziej znanym centrum turystycznym są okolice północno-zachodnie z Aviemore i najwyższymi szczytami takimi jak Ben MacDhui czy Cairn Gorm. Tam znajdziecie jedyną w Szkocji kolejkę linowo-terenową, ośrodek narciarski i muzeum regionalne.
Drugim ważnym obszarem są okolice Braemar i rzeki Dee. Możecie je kojarzyć chociażby dlatego, że to tam mieści się letnia rezydencja królewska - pałac Balmoral, który pokazywano w serialu The Crown, choć na potrzeby produkcji zastępowano go innymi lokalizacjami. W malowniczej scenerii tamtejszych gór rodzina królowej Elżbiety II urządza polowania i pikniki. Ciekawie jest chodzić ich ścieżkami. Z tej strony parku - a jest to jego środek i południowy wschód - także znajdziemy głównie krajobrazy naturalne. Wiele gór, choć w większości niższych niż 1000 metrów n.p.m. I kilka urokliwych, zabytkowych wsi z charakterystyczną niską, kamienną zabudową, porośniętymi mchem murkami i - obowiązkowo - klimatycznym szkockim pubem serwującym haggis, neeps and tatties, czyli haggis z rzepą i ziemniakami, oraz szeroką selekcję whisky z okolicznych destylarni.
Najwięcej mogę opowiedzieć Wam właśnie o tym drugim obszarze - Deeside - bo to jego zwiedziłam ostatnio. Co najbardziej rzuciło mi się tam w oczy? Mała liczba turystów. I było to dla mnie duże zaskoczenie, bo czytając o Cairngorms, odniosłam wrażenie, że jest to bardzo popularne miejsce, a przez to nastawiłam się na tłumy na szlakach, w karczmach i sklepach z pamiątkami. Tymczasem wszystkie wycieczki odbywaliśmy, spotykając może 5 albo 10 osób. A raz wędrowaliśmy nawet sami przez cały dzień. Jedynymi napotkanymi były jelenie, które dostrzegały nas dużo szybciej niż my je i przez to zwinnie przed nami uciekały.
Krajobraz naturalny gór jest tam surowy, otwarty i zmienny. Obok wrzosowisk mamy torfowiska, obok skalistych stoków, kopulaste płaskowyże. Lasów jest bardzo niewiele i występują głównie w niższych partiach, na przykład w dolinach. Kotły polodowcowe, szerokie doliny oraz liczne jeziora nadają tym górom dziki i miejscami tatrzański charakter, mimo że góry te są znacznie niższe od Tatr. Ważnym elementem pejzażu są także zwierzęta - owce, krowy i jelenie, które często pojawiają się na otwartych stokach i w dolinach.
Cairngorms sprawiają wrażenie przestrzeni rozległej i pustej, i przez to wydają się być nieco bardziej wymagające od naszych zalesionych Beskidów czy Sudetów. Daleka perspektywa może utrudniać ocenę odległości, nic nie zatrzymuje silnych, podmuchów wiatru (dochodzących do 280 km/h), a pogoda zmienia się tu bardzo szybko. Mgła potrafi w kilka minut zasłonić całą przestrzeń, a śnieg może pojawić się nawet w czerwcu, czego sami doświadczyliśmy. Dlatego mimo pozornie niewielkiej wysokości góry te mają miejscami prawdziwie wysokogórski, surowy charakter. Szczególnie zimą bywają niebezpieczne. Wiatr i śnieg na otwartej przestrzeni utrudnia chodzenie i ogranicza widoczność. Występują tam też lawiny, które pochłonęły już wiele ludzkich istnień. Do zimowej wycieczki w Cairngorms i okolice trzeba podejść bardzo poważnie, uzbroić się w raki i czekany. Tam zresztą wielu alpinistów ćwiczy przed wyjściem w najwyższe góry - warunki są podobne. Jest wietrznie, chłodno i wilgotno, co sprzyja występowaniu jedynie ubogiej roślinności górskiej. Dlatego też tak trudno jest wskrzesić tamtejsze lasy.
Musicie bowiem wiedzieć, że szkockie góry nie zawsze były w całości łyse. Porastające je lasy spotkał ten sam los, który dotknął chociażby wiele pasm sudeckich czy beskidzkich - bezrefleksyjna wycinka na potrzeby rozwijającego się w XIX wieku przemysłu i rozwój wypasu owiec i bydła. I o ile u nas, w zdecydowanie łagodniejszych warunkach, drzewa udało się na nowo nasadzić, o tyle w Szkocji trudno jest im wytrwać. Nie pomagają w tym skubiące małe drzewka jelenie, które od lat utrzymywano i kontrolowano w górach, żeby było na co polować. Żeby pogodzić obecność jeleni z zalesianiem w Cairngorms stosuje się specjalne siatki zabezpieczające sadzonki, co trochę zaburza krajobraz, ale może pozwoli w końcu na odtworzenie dawnego lasu.
Teren parku narodowego dzieli się na wiele prywatnych posiadłości - estates. Jedną z nich jest posiadłość królewska w okolicach Balmoral, na której znajdują się ulubione szlaki królowej Wiktorii. Spotkaliśmy się też z ziemią w posiadaniu National Trust for Scotland, a niemal 10% całego parku narodowego już od XVI wieku należy do rodziny, a w zasadzie klanu, Farquharson. Te prywatne posiadłości zajmują tysiące hektarów górskich terenów, a ich właściciele prowadzą na nich wypas zwierząt, zalesianie i polowania. Są to więc czynne gospodarstwa. Można po nich swobodnie wędrować, ale przestrzegając podstawowych zasad, na przykład zamykając za sobą wszystkie napotkane bramki i furtki, żeby nie dopuścić do ucieczki zwierząt. Właściciele terenów dbają o to, żeby turysta miał gdzie zaparkować i za ten parking zapłacić, ale oprócz tego nie zajmują się zbytnio udostępnianiem gór dla gości. Może dlatego trudno w Szkocji mówić o szlakach w takim sensie, w jakim znamy je z Polski. W terenie są co prawda widoczne ścieżki, odpowiadające tym na mapie, ale nie są one w żaden sposób oznaczone. Czasem na rozdrożu turyści sami wznoszą małe kurhany z kamieni, podobnie oznaczają wierzchołki gór, co jest wskazane, bo szczyty są dość wypłaszczone i jeśli komuś faktycznie zależy na "zaliczeniu" najwyższego punktu, sam mógłby go nie znaleźć.
Ścieżki są wydeptane szczególnie na popularnych trasach, chodzenie po nich nie jest jednak koniecznością, a często zdarza się, że trasa prowadzi zupełnie dziko przez porośnięte wrzosami zbocze, zmuszając wędrowca do samodzielnego omijania trudniejszych fragmentów. A z jakimi trudnościami trzeba się liczyć w Cairngorms? Przede wszystkim z mokradłami. Zupełnym zaskoczeniem może być to, że w popularnej i bardzo pomocnej aplikacji walkhighlands służącej do nawigowania po szkockich górach w opisie trasy mamy trzy parametry oznaczone ikonkami: trudność, ocena społeczności i… bagnistość (bog factor). Na 5 stopni bagnistości wyróżnia się 1 - w większość sucho, 2 - miejscami może być bagniście, 3 - część trasy prowadzi przez bardzo mokry teren, zalecane buty wodoodporne, 4 - przez cały rok może być mokro na większości trasy i 5 -"to jest bagno, zaleca się wzięcie rurki do snorkelingu". My wybieraliśmy tylko te oznaczone 3, ale i tak kilka razy udało mi się przemoczyć buty. I to pomimo faktu, że akurat na tych trasach cały czas podążaliśmy za widoczną ścieżką. I akurat nie padało!
Wysokość wszystkich Highlands jest z naszego punktu widzenia niespektakularna i może dlatego szkoccy turyści mają obsesję na jej punkcie. Szczyty podzielili oni na grupy: Munros, Corbetts i Grahams, czyli odpowiednio: powyżej 3000 stóp, między 2500 a 3000 stóp oraz między 2000 a 2500 stóp. To grupowanie szczytów działa trochę jak nasze odznaki. Szkoccy turyści chętnie biorą udział w ruchu zwanym peak bagging, czyli kolekcjonowanie szczytów. Najbardziej liczą się rzecz jasna Munros, ale koneserzy zbierają także Corbetts i Grahams. Niższe górki? Mało kogo obchodzą.
W lokalnej księgarni znalazłam książeczkę do kolekcjonowania munros. Jest ich sporo, więc i książeczka miała około centymetr grubości, twardą oprawę i choć wydano ją w wymiarze kieszonkowym, to nie wiem, czy nosiłabym ją ze sobą, bo jest dosyć ciężka. Z tym że nie jest ona tak naprawdę potrzebna na szlaku, bo na szczytach nie ma pieczątek. Zamiast tego w książeczce można wpisywać relacje ze swoich podróży.
W parku Cairngorms nie jest zupełnie dziko. Znajdziemy w tamtejszych górach wiele śladów bytności człowieka, choć może nie takich, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Po pierwsze, nie ma tam schronisk. Są za to bothys czyli chatki - często kamienne, wznoszone po to, by długodystansowy turysta miał gdzie przenocować. Przydają się szczególnie przy złej pogodzie, w wietrzne i deszczowe noce. Większość wędrowców, chcąc spać w Cairngorms, korzysta jednak z własnego namiotu. To jest dla nas rzecz niesłychana - w tamtych górach można spać gdzie się chce! Oczywiście z poszanowaniem środowiska i innych turystów. Ale noc pod namiotem nad brzegiem górskiego stawu jest tam nie tylko niezabroniona, ale nawet popularna. Sami mieliśmy w planie takie noclegi, jednak gdy okazało się, że jestem w ciąży zrezygnowaliśmy. Przede wszystkim dlatego, że nasze miejsca noclegu były naprawdę na dziko - daleko od jakiejkolwiek drogi jezdnej, oddalone o dwadzieścia albo nawet trzydzieści kilometrów od jakiejkolwiek cywilizacji. Nie chcieliśmy ryzykować. Ale na takie spanie na pewno jeszcze kiedyś się wybierzemy!
Wśród dzikich połonin znaleźć można gdzieniegdzie ślad człowieka w postaci domku myśliwskiego, kamiennych kurhanów, a nawet wyciągów narciarskich, choć te ostatnie są rzadkością. Jeden taki ośrodek mamy w okolicach szczytu Cairn Gorm i to tam możemy wjechać na górę kolejką. Ale! Warto wiedzieć, że nie dojeżdża ona do szczytu, przez co z górnej stacji mamy widok tylko na tę bardziej cywilizowaną stronę góry, nie zajrzymy stamtąd do słynnych kotłów i nie będziemy podziwiać panoramy "wnętrza" gór. Nie będzie to możliwe dlatego, że pasażerowie kolejki mają zakaz wychodzenia poza teren stacji (poza określonymi wyjątkami, na przykład w sezonie narciarskim albo podczas wycieczek z przewodnikiem)! Przedziwne rozwiązanie, które zaskakuje wielu turystów, choć informacja o nim jest rzecz jasna dostępna na stronie ośrodka. My właśnie z tego powodu nie zdecydowaliśmy się na podróż tą kolejką, a zamiast tego wjechaliśmy wyciągiem krzesełkowym znajdującym się w południowym fragmencie parku, w ośrodku narciarskim Glenshee. Zimą działa tam kilka wyciągów, a latem można się dostać na szczyt The Cairnwell, z którego widać nie tylko najwyższe szczyty Cairngorms, ale także piękne jeziora. I tam można już chodzić do woli, więc jest to opcja, którą polecam wszystkim tym, którzy z jakiegoś powodu muszą ograniczyć przewyższenia w swoich wycieczkach.
Teraz zadajmy pytanie: skąd wzięła się turystyka w tym regionie? Przecież jeszcze trzysta lat temu groźne widoki Highlands były uznawane za wrogie człowiekowi, a wręcz wulgarne[2]. I to pomimo faktu, że były wtedy bardziej niż dziś zaludnione. Górskie doliny zamieszkiwali prości ludzie, szkoccy chłopi podzieleni na klany, skupieni w małych osadach pastersko-rolniczych. Zajmowali się wypasem krów i owiec, a w wolnych chwilach angażowali się także w opór wobec zwierzchnictwa Londynu. Mówili po gaelicku, nosili kilty szyte z tradycyjnych rodowych tartanów i pili dużo whisky. Ich życie zmieniło się jednak diametralnie, kiedy po stłumieniu powstań jakobickich osłabiono dawny system klanowy, a później rozpoczął się proces znany jako Highland Clearances. Obejmował przede wszystkim masowe wysiedlanie ludności z górskich regionów Szkocji, zwłaszcza z Highlands, trwające głównie od końca XVIII do połowy XIX wieku.
Właściciele ziemscy lojalni wobec Londynu usuwali dotychczasowych mieszkańców - drobnych dzierżawców i klanowe społeczności wiejskie - z terenów, które wcześniej użytkowali rolniczo. Ziemię przeznaczano potem często pod wielkie farmy owiec, gospodarkę łowiecką i inne bardziej dochodowe formy użytkowania. Ludzi przesiedlano na wybrzeża, do miast przemysłowych albo zmuszano do emigracji, m.in. do Kanady, USA, Australii czy Nowej Zelandii.
Karą za udział w powstaniu było nie tylko oderwanie od rodzinnej ziemi, ale także uderzenie w elementy dawnej kultury klanowej. Zakazy i represje objęły między innymi noszenie tradycyjnego stroju Highlandów i posiadanie broni; język gaelicki nie zniknął z dnia na dzień, ale był coraz mocniej wypychany z życia publicznego i edukacji. Doszło do rozpadu świata klanowego, wyludnienie wielu dolin i przekształcenie krajobrazu Highlands w bardziej pusty, pastersko-łowiecki teren. To, co znamy dziś jest więc wtórną dzikością. Przywodzi to na myśl powojenne "zdziczenie" Bieszczadów, które także świadkowały brutalnym przesiedleniom i anihilacji lokalnej kultury.
Cairngorms, Lochnagar i inne pasma w tym regionie stały się wtedy placem zabaw dla arystokracji, która pod koniec XVIII wieku zaczęła interesować się naturą i górami. Szukano w nich minerałów, okazów geologicznych i botanicznych. Szybko zaczęto też uprawiać wspinaczkę, bo już w 1810 roku dr George Skene Keith wspiął się na skraj wodospadu Dee[3].
Szybko doszło do rozwoju mody na Highlands, do czego przyczyniła się wspomniana już literatura romantyczna. Surowe krajobrazy gór stały się inspiracją dla poetów i malarzy. Z czasem zachwycano się nie tylko samą przyrodą, ale także utraconym dziedzictwem klanowym. Kultura szkocka została przeniesiona na karty powieści Waltera Scotta i doceniona przez samą królową Wiktorię, która od lat 50. XIX wieku organizowała w swojej posiadłości Balmoral bal dla swoich szkockich służących - przede wszystkim dla towarzyszących rodzinie królewskiej na polowaniach przewodników zwanych ghillies. Od nich impreza ta wzięła swoją nazwę - Ghillie's ball. Ta tradycja ma już 172 lata i jest nadal kultywowana, a bal odbywa się zawsze latem, kiedy królowa albo król przebywają na wakacjach w swojej ukochanej szkockiej posiadłości. Ciekawe, że to właśnie w XIX wieku królowa Wiktoria i książę Albert kupili tę ziemię i wybudowali pałac, żeby móc zanurzyć się w modnych wtedy krajobrazach. Ich fascynacja Szkocją była niejako przypieczętowaniem popularności tego regionu i przyczyniła się do jego dalszej promocji wśród arystokracji kopiującej to, co robi monarcha.
W 1864 roku wydano pierwszy przewodnik po Cairngorms[4], które stały się boiskiem treningowym dla członków the Alpine Club. Okazało się, że można w nich nie tylko polować i wędrować i zachwycać się krajobrazem, ale także wspinać się, trenując przed poważniejszymi wyprawami w góry wysokie. Demokratyzacja wspinaczki wysokogórskiej, jaką obserwowano na początku XX wieku przyniosła kolejne fale turystów. O ruchu masowym można mówić w latach 30., kiedy kryzys bezrobocia skłonił młodych mężczyzn do szukania eskapistycznych aktywności. Prawdziwy boom na Cairngorms nastał natomiast dopiero po II wojnie światowej, kiedy dużo ludzi z doświadczeniem militarnym umiało poruszać się i przetrwać w górach. Szedł z tym w parze rozwój sprzętu wyprawowego. Okazało się, że turystą, a nawet wspinaczem może stać się każdy. Nie tylko wpływowy i wysoko urodzony członek klubu dla dżentelmenów.
W związku z tym, że góry w parku narodowym Cairngorms nie doświadczyły dużego zainteresowania ze strony turystów w XIX wieku, kiedy w Europie w modzie było udostępnianie gór i wznoszenie schronisk, ich turystyczny charakter jest nieco odmienny niż alpejski, sudecki czy nawet tatrzański. Mamy tam do czynienia z naturą bez filtrów i ulepszaczy. Wycieczki, podobnie jak krajobraz, są surowe, nieprzewidywalne i pierwotne. Co nie znaczy, że są trudne. Wręcz przeciwnie, szkockiej przygody może zakosztować niemal każdy w miarę sprawny turysta. Wszystko zależy od wybranej trasy. n
Nadal można mówić o miejscach bardziej bądź mniej popularnych. Jeśli lubisz zwiedzać okolice, o których mówi się najwięcej, koniecznie wybierz się w okolice Cairn Gorm i Aviemore. Tam masz najpopularniejsze szlaki, najwyższe szczyty i najbardziej rozwinięte zagospodarowanie. Jeśli zależy Ci na ciszy, spokoju i samotnym kontemplowaniu przyrody, zdecydowanie polecam okolice Braemar i Ballater. Tam też znajdziesz miejscówki oblegane, jak domek królowej Wiktorii nad Loch Muick czy słynny kocioł Lochnagar, ale dookoła masz masę nieoczywistych tras. Wiele z nich nie stanowi większego wyzwania dla turysty - pod warunkiem, że nie wpakujesz się w moczary. Świetne jest też to, że gdy góra ma tylko 1000 metrów, nie musisz iść cały dzień, żeby dotrzeć do jej najciekawszych partii, jak to często bywa w Tatrach.
Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej, napisz do mnie na Istangramie @gorskiehistorie albo przez formularz kontaktowy na mojej stronie internetowej. Jeśli podoba Ci się to, co robię, możesz wesprzeć mnie subskrybując i udostępniając odcinki znajomym, a także kupując mi wirtualną kawę w serwisie buycoffee.to
Literatura
- N. Shepherd, Żyjąca góra, Poznań 2022.
- R. Macfarlane, Mountains of the Mind, London 2017.
- M. Ursel, Romantyzm, Wrocław 2008.
- P. Baker, The Cairngorms. A Secret History, Edinburgh 2024.
Tagi
Pozostałe wpisy:
Trudne początki turystyki w Beskidach Zachodnich
W odcinku posłuchacie o mniej znanych faktach z historii turystyki w Beskidach Zachodnich. Usłyszycie o pierwszych schroniskach, oznaczeniach szlaków oraz barierach kulturowych i społecznych, które wpłynęły na percepcję gór przez pierwszych turystów. Podcast rzuca światło na stereotypy i mity związane z góralami beskidzkimi oraz pokazuje, jak obawy przed "potwornymi" mieszkańcami oraz brak infrastruktury turystycznej wpływały na rozwój regionu. Dodatkowo, odcinek opisuje, jak rywalizacja między polskimi a niemieckimi organizacjami turystycznymi ukształtowała obecny obraz turystyki w Beskidach.
Czytaj dalej →Kolej(k)ą w góry
Jak kolej zmieniła sposób, w jaki ludzie docierali w góry? W nowym odcinku podkastu Górskie Historie przyglądamy się początkom kolei i temu, jak rozwój żelaznych szlaków wpłynął na turystykę, wypoczynek i poznawanie gór.
Czytaj dalej →
